Ulubieńcy lutego
Witajcie ponownie! :) Czy Wam również te dni miesiąca tak szybko przemijają w kalendarzu? Nim się zdążyłam obejrzeć, już mamy koniec lutego. No i właściwie co z tym lutym? Hmm, udało nam się polecieć na parę dni do Polski i odebrać dowód dla małego - teraz może iść na legalu kupić sobie chrupki 😎 Przy okazji uzupełniłam kosmetyczkę o parę fajnych artykułów i zamierzam podzielić się własną opinią na ich temat. Co jakiś czas ( wyłącznie, gdy będą temu ku powody ), będę robiła ulubieńców miesiąca. Aczkolwiek nie będą to tylko kosmetyki. Będzie to czasami również zapewne jakiś film, który chwycił mnie za serce i wrażliwą duszę :D I też oczywiście książka czy fajna edukacyjna zabawka/książka dla dziecka. Za dużo rozpisywać się nie będę i zapraszam Was do prezentacji ulubieńców :)
Jak sama nazwa wskazuje, mamy do czynienia z olejkiem różanym. Zapach jest bardzo delikatny, aczkolwiek wystarczająco wyczuwalny i naprawdę przyjemny. Mimo, że od razu po nałożeniu wydaje się być mega tłusty - w moim przypadku, po około 20 min już jest fajnie wchłonięty w skórę twarzy. Do tego zazwyczaj używam, załączonych na zdjęciu różanych płatków pod oczy. Jak już tonąć w różach to na całego, no nie? :) heheszki 😁 Dlaczego polubiłam ten zestaw? Ponieważ skóra wydaje się być bardzo odświeżona, delikatna w dotyku. Olejek nakładamy wieczorem, czyli możemy zrobić sobie wieczorne spa, o którym większość kobiet, po całym dniu sobie życzy :) Na poranek mam natomiast kolejne specyfiki o których zaraz się dowiecie :)
TADAM! I oto one.. dwa kremy intensywnie nawilżające. Podaję je razem, ponieważ używam je naprzemiennie, z racji, że oba równie dobrze sprawują się na mojej skórze, którą właściwie ciężko czasami okiełznać. Dlatego z uwagi na to, jeden z nich też jest właśnie przeznaczony dla skóry problematycznej. One natomiast bardzo szybko się wchłaniają i pozostawiają fajny zdrowy blask na skórze, przez co dla mnie wygrywają z innymi kremami nawilżającymi. Jeśli chodzi o zapach, niestety jakiegoś większego szoku nie doznałam. Ale liczy się przede wszystkim efekt końcowy i jest on moim zdaniem na medal, jeśli mówimy o zdrowej, nawilżonej cały dzień skórze :)
Natomiast na podium z pierwszym miejscem, bezapelacyjnie staje Skinoren! Jeśli ktoś ma problematyczną cerę, to myślę, że powinien spróbować. Efekty co prawda mają być całkiem widoczne po roku, ale jeśli efekty mają być takie spektakularne to poczekam, mimo iż do cierpliwych osób nie neleżę. Ja używam go właściwie dopiero jakieś 3 tygodnie i jestem zachwycona! Niweluje przebarwienia i mam o wiele mniej gości na swojej skórze niż zawsze przy babskich dniach to bywało. Skóra dostała super tekstury, którą jestem poważnie zaskoczona :) Ten produkt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania :)
Tutaj mamy sprawcę całego zamieszania! Oho! Proszę wyjść przed szereg z podniesioną głową!
To wszystko przez Ciebie! - A w zasadzie, dzięki Tobie :) Książka jest prezentem od przyjaciela, który kopał Mnie po dupie z milion razy, bym może zechciała wyjść spod swego kapelusza w końcu. Naprawdę, bez oszustw - parę ładnych lat :) A tu proszę! EUREKA! Wystarczyło kupić dobrze dobraną książkę i gotowe. Rach! Ciach! I robię w końcu coś, co właściwie kusiło od dawien dawna - ale zawsze było "eeeeeeeeeeee, po co!" - no to po jajco, chociażby :) Książka dość mocno motywacyjna, skoro zdołała mnie okiełznać i postawić po 105 stronach do pionu - przyznaję, jeszcze całej nie skończyłam i generalnie strach się bać, na co wpadnę, gdy przeczytam ją całą :)
Skoro jesteśmy przy temacie książek, to jestem zadowolona z zakupu tej oto wyżej przedstawionej, by szkrab dzielnie uczył się od najmłodszych lat dobrych manier - w zasadzie, mogę ją polecić również nieco starszym, którzy w swoim życiu się z takim elementarzem jeszcze nie spotkali, a wypadałoby, bo w następstwie są po prostu ludźmi bez kultury i trochę wstyd za ich zachowania :)
Na koniec pragnę Wam pokazać pewną alternatywę na zimowo-jesienny okres, dla osób, które nie lubią/boją się solarium. Jest to brązująca pianka. Osobiście początkowo byłam bardzo sceptycznie nastawiona, ponieważ X lat temu jednorazowo użyłam samoopalacza z Dove i efekt końcowy był tragiczny - jakieś plamy, mimo iż starałam się to równomiernie rozprowadzać jak tylko byłam w stanie. Niestety nie wyszło po mojej myśli i stwierdziłam, że nigdy więcej! No i co?! Oczywiście się skusiłam ponownie! Liczyłam bardzo na opinie o tym samoopalaczu i zastanawiałam się, czy to rzeczywiście prawda i będzie super złocista opalenizna jak z czerwonego dywanu :D Ku memu zdziwieniu - tak też się stało! Co prawda czerwonego dywanu brak, ale kolor skóry naprawę był genialny. Mamy 3 stopnie jakby opalenizny, którą możemy sobie "stworzyć"- w zależności od długości pozostawienia pianki na ciele, efekt jest intensywniejszy. ( Min. 1 godz - Max. 3 godz). Osobiście zmyłam po 1,5 h i było wręcz idealnie dla Mnie :) Efekt utrzymał się około tygodnia, przy naturalnie codziennej kąpieli - niestety trzeba brać poprawkę na to, że każdy z Nas ma inną skórę i być może efekt nieco podróżować u każdego inaczej.
To na tyle w tym miesiącu :) Jeśli macie jakieś pytania odnośnie któregoś produktu/książki to chętnie spróbuję odpowiedzieć :) Życzę Wam przyjemnego dnia, czy też wieczoru - w zależności kiedy udało Wam się tu trafić :)






Komentarze
Prześlij komentarz