CC na życzenie

Cześć Wam :) Dzisiaj napiszę, na nieco kontrowersyjny temat, który ma tyle przeciwników co i zwolenników. Temat rzeka, w którym ciężko znaleźć obopólną rację - ile kobiet, tyle zdań i przeróżnych doświadczeń. Jednak powiedzmy sobie już na początku - natura jest wspaniała! Poród naturalny jest niesamowitym wydarzeniem, wydajemy na świat człowieka - ale czy sam w sobie jest wspaniały? No właśnie. Teraz X% powie, że tak - bo być może są z tych, co lubią sado-maso i wręcz uwielbiają opowiadać o tym jak w kilkunastogodzinnych męczarniach dawały radę, X% powie, że było znośnie bo skorzystały z dobrodziejstw XXI wieku i poprosiły o znieczulenie i X% powie, że było genialnie bo ich poród przebiegł w miarę szybko i w bólach, które szło znieść bez problemu. Nie ma i nigdy nie będzie jednoznacznej odpowiedzi. Ja natomiast opowiem dzisiaj o moim przypadku. O grupie, gdzie między innymi często słyszymy, że poszłyśmy "na łatwiznę" i że generalnie nie powinnyśmy się udzielać na temat porodu, bo przecież nie rodziłyśmy, tylko miałyśmy "wydobyciny" - czyli o cesarskim cięciu na życzenie. I chciałabym jeszcze wspomnieć tylko o tym, że zamiast oceniać od razu te kobiety, że są Beee - postarajcie się dowiedzieć, dlaczego tak wybrały, co je do tego skłoniło, bo często i pochopnie określa się je za "leniwe" i że to tylko ich głupie widzi misie. Nie jedną kobietę możecie tym bardzo zranić. Ja osobiście miałam i mam ogromny dystans do tego, kto co o tym myślał i myśli pod moim adresem. Natomiast jest dużo słabszych kobiet, które potem się z jakiegoś powodu obwiniają, ponieważ żyją w przekonaniu, że powinny komuś dorównać - co jest absolutną bzdurą! Ale właściwie to w naszych czasach nic już dziwnego, że kobieta kobiecie wilkiem. I tak w każdym aspekcie macierzyństwa właściwie 🤔 No ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj opowiem swoją historię i wrażenia z cc :)


Zacznę od początku - ciąża z Nikodemem, była drugą moją ciążą. Pierwszą niestety straciliśmy. Tak naprawdę ta strata, ta cała sytuacja, która miała miejsce gdy poroniłam to główny powód, przez który zarzekałam się, że nigdy więcej nie urodzę dziecka. Raczej uważam się za osobę z dość dużym progiem bólu, natomiast sam proces poronienia, gdzie towarzyszyły mi również bóle krzyżowe - w wielkim skrócie, po prostu mnie pokonał. Być może gdy rodzimy i dostajemy w dłonie swoje dziecko to rzeczywiście szybko zapominamy o bólu, tylko skupiamy się już na dziecku i cieszymy się nowym członkiem rodziny. W moim przypadku był tylko niestety ból fizyczny i strata, której nikomu, nawet wrogowi - nie życzę. W momencie gdy dowiedzieliśmy się o Nikodemie, naturalnie była radość - lecz w momencie gdy wybiegłam myślami w przyszłość i pomyślałam o porodzie, moje ciało nagle przeszedł dziwny prąd i poczułam paraliż. Nie potrafię opisać nawet tego do końca. Gdy tylko pomyślałam o tym, potrafiłam płakać cały dzień. Bywały dni gdzie było dobrze, bo cieszyłam się ciążą i bijącym serduszkiem, a kolejnego dnia gdy wybiegałam w czasie, był tylko płacz. Nie wyobrażałam sobie tego bólu ponownie i jak zbuntowana nastolatka powtarzałam wielokrotnie, że nie wiem co zrobię, ale na pewno nie urodzę tego dziecka. Oczywiście opinie z boku były różne, bo kto normalny samowolnie chce dać się pokroić na stole. No głupota! Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, gdzie są wskazania medyczne do tego. I właściwie przy kolejnych wizytach, sama dostałam takową informację - że jeśli moje łożysko pozostanie tak jak jest, to będzie musiała być cesarka, bo naturalnie nie dam rady urodzić. Moja ginekolog nie miała jeszcze wtedy tej świadomości, że dla mnie to akurat bardzo dobra wiadomość i przyznam, że wtedy poczułam dużą ulgę i jakiś taki spokój ducha. Miałam gdzieś tam w głowie tą świadomość, że prawdopodobnie czeka mnie cesarka i swoim panicznym strachem przed porodem, nie narobie nam, żadnych kłopotów. Wcześniej bałam się, że gdybym musiała rodzić, strach dalej by mnie paraliżował, a ja nie współpracowałabym z personelem jak należy i narobiłabym krzywdy i dziecku i sobie. A tego kolejny raz bym nie przeżyła. No i tym oto sposobem kilka miesięcy był spokój - kolejne wizyty tylko potwierdzały tą cesarkę. Natomiast bodajże w 7 miesiącu okazało się, że łożysko się osunęło na bok i dam radę urodzić samodzielnie. Poczułam się jakbym dostała w twarz na mrozie. Momentalnie pojawiły się łzy w moich oczach i strach na samą myśl. Natychmiast powiedziałam ginekolog, że ja nie chcę! Że chcę cesarkę! Że się boję i nie urodzę tego dziecka. Nie wierzyłam po prostu w to, że moje ciało dałoby radę znieść coś takiego, pamiętając swój stan z wcześniejszej sytuacji. Oczywiście pocieszała Mnie, mówiła, że natura tak nas stworzyła, że dam radę jak każda inna kobieta, a strach jest zawsze przed nieznanym. Ja natomiast byłam dość mocno zbulwersowana całą sytuacją i wtrąciłam, że właśnie niestety nie każda kobieta daje radę, a że dla lekarzy często zamiast człowieka, liczą się statystyki - z czego w rezultacie mamy mnóstwo dzieci z niedotlenieniem, a w aktach wpisane, że mamusia brzydko współpracowała i wszystko jej wina. Aczkolwiek rozumiałam ją i wiedziałam o co jej chodzi - ona jest lekarzem. Wykazała by się niekompetencją w momencie gdyby Mi powiedziała, że mam wybrać cesarkę z powodu strachu, od tak! Aczkolwiek z racji iż rodziłam w Niemczech mogłam sama dycydować o sposobie jak chcę urodzić. Na spotkaniu w szpitalu, które mamy mniej więcej 6 tygodni przed porodem - uświadomiłam lekarkę, że chcę cesarkę i miodem dla moich uszu było potwierdzenie, ze skoro tak zdecydowałam to tak będzie, bo to moje ciało i oni nie mogą decydować za mnie. Natomiast musiała opowiedzieć mi jakie powikłania mogą wystąpić przy cc i przy naturalnym porodzie. W skrócie na koniec wytłumaczyła jak krowie na rowie, że jeśli cesarka - dziecko jest bardziej bezpieczne, ja bardziej zagrożona, przy naturalnym porodzie, ja bardziej bezpieczna, a dziecko bardziej obarczone ryzykiem - tej lekarce chyba nie bardzo chodziło o to by być kompetentną na 100% 😁 Termin zaplanowałyśmy  wspólnie tydzień wcześniej niż miałam wyznaczony. Miałam bodajże 3 daty do wyboru - oczywiście wybrałam najbliższy termin bo jedyne czego pragnęłam to nie być już ciężarówką. Ciąża w lecie? - nie polecam 😅 Wychodząc ze szpitala, byłam w skowronkach. To był dla Mnie naprawdę szczęśliwy dzień, w którym zrzuciłam wielki balast strachu z siebie.


W dniu porodu miałam wstawić się wcześnie rano i zaczęła się przygoda :) Oczywiście na początku badanie KTG, podanie leków, żeby żaden zator ze Mną nie wygrał przypadkiem i oczekiwanie na dalszy rozwój. Przewieziono mnie na salę gdzie zaaplikowali Mi nieśmiertelność w kręgosłup no i jazda dalej 😊 Uwierzcie, że w momencie gdy wjeżdżałam na salę, a tam dwie lekarki, jeden lekarz, do tego dwie kochane położne, które od początku starały się stworzyć luźną atmosferę bez stresu, dwóch panów od aparatury gdyby powietrza Mi zabrakło, bądź trzeba by było młotkiem pieprznąć, żebym całkiem zasnęła i parę osób, które były również jakoś pomocne albo robiły sztuczny tłum - czułam się tak cholernie bezpieczna o naszą przyszłość, że hej! Uśmiech, życzliwość i opieka jaką wtedy otrzymałam pozytywnie mnie zaskoczyła. No i co? Rach Ciach i usłyszałam płacz Nikodema. Któryś z Panów był taki śmieszek, że pogratulował ślicznej i zdrowej dziewczynki - gdybyście widzieli wtedy moje zmieszanie to uśmialibyście się tak, jak te parę osób wtedy z personelu 😁 A to gagatki!😎 No i co dalej? Otrzymałam Nikodema na klatę, a Mnie łatali w tym czasie. W pewnym momencie przyznaje, że poczułam się dziwnie - jakby ktoś mi na klatę położył kilkadziesiąt kilogramów kamlotów. Ale dali coś powąchać, giry do góry i wróciłam do żywych 😉 Potem oczywiście ciężko było Mi myśleć o tym czy coś boli czy nie boli, dlatego że skupiałam się już na małym :) Na drugi dzień rano była pierwsza próba wstawania, która przyznaje poszła dość sprawnie. Ja generalnie psychicznie byłam przygotowana, że kilka następnych dni będzie bolało i nie oczekiwałam, że będę fruwała na 4 dzień. Ale na trzeci dzień chodziłam powolutku i dało radę się ogarnąć samemu ze wszystkim :) Ja ze swojej decyzji byłam bardzo zadowolona i wiem, że to był dobry wybór dla nas. Aczkolwiek nigdy nie powiedziałam i nie powiem żadnej kobiecie żeby wybrała cc bo jest lepsze czy cokolwiek w tym stylu. Wierzę, że natura jest genialna bo robi mega robotę - tylko myślę, że nie dla wszystkich. Czy to z jakiś fizycznych powodów czy psychicznych. Niech każdy człowiek ma prawo decydować o sobie i niech żyje w zgodzie ze sobą, a wtedy jego ciało i umysł mu się odwdzięczą. A my zanim kogoś pochopnie ocenimy, zastanówmy się czy aby na pewno znamy jego historię, by mieć prawo go poniżać za wybór, który podjął 😊 Więcej zrozumienia i akceptacji indywidualności i świat będzie lepszy 💓

Życzę słonecznych dni! 😘 Chociaż marzec coś nas w ciula trochę robi.. 😤




Komentarze

  1. Dokładnie. Pierwsze dziecko rodziłam naturalnie. Po 8 godzinach bólów i skurczy i ogromnym rozwarciu okazała się konieczna cesarka. Ból po cesarce był niczym w porównaniu z bólem jaki przeżywałam podczas porodu i strachu o maleństwo. Zadecydowałam ze drugie dziecko cesarka i to z wyboru. Bo wiem ze drugi raz rodzic, stresować się kiedy w końcu urodzę , przezywać bóle , czekać godzinami to zdecydowanie nie dla mnie. Nie uważam się ze jestem gorsza. Mam dziecko które kocham i wychowuje , nosiłam miesiące pod brzuchem i obojętnie czy mi je bocian przyniesie , urodzę , wyciągną mi go - urodziłam je. Jest moje i nikt mi tego nie odbierze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I prawidłowo! Wariatką byś była gdybyś czuła się gorsza! :) Ważna jest miłość i opieka, którą potem możemy podarować :) Lepiej podejść do tego, że to małe cesarzowe dzieci hehe :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Nie jesteśmy w tym same! #poronienie

Witaj przygodo!

#STRAJKKOBIET #powiedzkomuś!