Nie jesteśmy w tym same! #poronienie
Cześć dziewczyny :) Witam się dzisiaj głównie z Wami, ponieważ temat jest najbliższy naszej płci. Pozwólcie, że cofniemy się parę dni wstecz, a mianowicie do 8 marca - chciałabym Wam kobietki życzyć, by wasze marzenia wdrożyły się w życie i byście były spełnionymi kobietami w każdym aspekcie waszego życia! :)
Ostatnio dość często wpadałam na artykuły o stratach dzieci. Kobiety opowiadały swoje historie i wielokrotnie podkreślały, że należy o tym mówić głośno. Tak naprawdę nie mamy pojęcia kto czyta nasze historie, a być może, ten nasz jeden wpis, będzie jako takim wsparciem, zrozumieniem dla innych. Choćby jednej kobiecie miało to pomóc - to warto. Wiem, z doświadczenia, ile dla Mnie znaczył kontakt z bliską mi osobą, która również straciła dziecko. To poczucie, że ta osoba dokładnie wie, co właśnie przeżywasz, jaką pustkę czujesz - jest naprawdę wielkim psychicznym wsparciem. Masz poczucie, że chociaż ona Cię rozumie i twoje dziwne zachowania w tamtym trudnym dla ciebie czasie. Nie zapyta czemu zachowujesz się jak stuknięta i płaczesz, gdy widzisz inną matkę w ciąży czy też szczęśliwą rodzinkę idącą przed Wami. Ona to zrozumie - a to kompletnie na tamten czas wystarczy. Większość z nas, oczekuje w pewnych kwestiach zrozumienia. No bądźmy na chwilę szczerzy sami ze sobą :) Mnóstwo ludzi ma swoją rację i nie liczy na atencję osób z boku. Aczkolwiek miło usłyszeć, że ktoś Cię rozumie, no nie? Natomiast wracając - chcę być kolejną kobietą, która będzie kontynuowała ten temat. Byśmy otwarły się na te ciężkie tematy i być może były właśnie tą małą cząstką zrozumienia dla innych w potrzebie. Temat jest trochę ciężki, właściwie nie bardzo wiadomo od czego zacząć. Ale zacznę tak, jak każda ta historia się zaczyna - a więc radość i dwie kreseczki na teście :) Potem nieco przerażenie, mimo, że przecież się tego oczekiwało. I tak też było u Nas - radość, szczęście z nutką strachu jak to będzie :) Oczekiwanie na pierwszą wizytę, by zobaczyć na jakim etapie jesteśmy i czy wszystko jest w porządku. Na wizycie potwierdziło się, że jest ciąża, lecz była jeszcze tak wczesna, że zbyt wiele nie można było na jej temat dyskutować. Dostałam tylko witaminki dla chłopca bądź dziewczynki ( po dzień dzisiejszy zastanawiam się, czy Nikodem miałby brata czy siostrę (?) ). Z mijającymi tygodniami było ok, była zgaga, która często towarzyszy ciężarnym, była nadwrażliwość na zapachy - także mogło się wydawać, że wszystko właściwie jest na dobrych torach. Na kolejnej już niestety wizycie, pani ginekolog patrzyła tylko ze współczuciem w oczach, mimo, że ja nie miałam kompletnie pojęcia co mnie jeszcze czeka i bardzo mocno wierzyłam, że w momencie gdy przyjdę po kolejnych 3 dniach, ( ponieważ miałam się wstawić by definitywnie potwierdzić, że dziecko się nie rozwija ) nastanie cud i serduszko będzie biło, że beta hCG będzie rosła i czekają Mnie kolejne wizyty, gdzie będziemy radować się maleństwem. Krótko mówiąc - nie docierało do Mnie, że działo się najgorsze. Jej pytanie, czy chcę jeszcze poczekać do kolejnej wizyty czy po prostu wziąć jakąś tabletkę, która przyspieszy cały proces samoistnego poronienia, było dla mnie co najmniej absurdalne. Pomyślałam, że jest nie normalna, skoro przeszło jej przez myśl, że nie poczekam. Wierzyłam, bardzo pragnęłam wierzyć, że nastanie cud, a ona źle widziała. No i cóż.. Historia zaczyna się 2 dni później. Od rana pobolewał Mnie brzuch, ale było to znośne. Taki lekki ból menstruacyjny, który się po prostu tyle co czuło. Natomiast z biegiem czasu w ciągu dnia pojawiło się też plamienie. Jednakże wyczytałam, że po badaniu takie coś, może mieć miejsce także się uspokoiłam. W międzyczasie odebrałam parę telefonów, włącznie z tym od taty, że mam się nie martwić, ponieważ jego siostra też plamiła i było wszystko dobrze. Nie wiem czy chodziło tak naprawdę, by mnie tylko pocieszyć, czy równie mocno jak ja, wierzyli, że będzie dobrze. Aczkolwiek tego samego wieczoru jeszcze udaliśmy się do szpitala, ponieważ plamienie przybrało na sile i ból również dawał się tym razem, bardziej we znaki. W szpitalu lekarka badając, potwierdziła, że serduszko dalej nie bije, że płód się nie rozwija. Zadała to samo pytanie, co jej poprzedniczka. Ja oczywiście dalej szłam w zaparte, że nazajutrz mam kolejną wizytę i będę widziała czy hormony rosną czy spadają. Uświadomiłam Panią, że absolutnie nie poddam się zabiegowi, który proponowała. Ehh, po czasie widzę, jak naiwnie wierzyłam w to, że jeszcze uda się uratować sytuację. Tak więc pozostało wrócić z powrotem do domu i oczekiwać co będzie się dalej działo. Przez noc w dalszym ciągu były bóle, towarzyszące krwawienie, wtedy już chyba powoli zaczynało docierać, że to już koniec. Po nocy, obudziłam się i gdzieś tam w głowie świadomość - ok, stało się - poroniłam i nie jestem już w ciąży. Jakże mylące było to moje myślenie, doświadczyłam dopiero parę godzin później. Z racji, że moja psychika była w średnim stanie, stwierdziłam, że nie chcę być sama ze sobą w domu i poprosiłam brata by po Mnie przyjechał i zabrał do siebie, bym mogła posiedzieć z Nimi. Liczyłam, że zajmę jakoś głowę i będzie lepiej. W momencie gdy jechaliśmy autem, z moim organizmem zaczęło się coś znowu dziać. Mijało parę km, a ja czułam cholerne skurcze podbrzusza. Po drodze poprosiłam brata, aby wszedł do apteki i wykupił mi przeciwbólowe tabletki mocy, które przepisali w szpitalu ( oni wiedzieli co mnie czeka - szkoda, że nikt wtedy mną nie potrząsnął i nie powiedział "kobieto, ocknij się!" ), ja już nie byłam w stanie wyjść z auta i iść sobie jakby nigdy nic. Ból był tak dokuczliwy, że chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do mojego wsparcia, aby zapytać jak mocno i jak długo to będzie jeszcze boleć. Ona raczej nie ma w zwyczaju owijać w bawełnę i nie pocieszyła kompletnie, ale przygotowała na dalszy etap, że będzie jeszcze gorzej i że będzie trwać dopóki się "nie oczyszczę" ( nie lubię tego stwierdzenia). Natomiast to i tak mi jakoś bardzo nie rozświetliło tego wszystkiego za bardzo, bo nie wiedziałam na jakim etapie "oczyszczenia" jestem. W moim mniemaniu poroniłam tamtejszej nocy, także tak.. tyle z mojej świadomości by było, co się aktualnie działo ze Mną. Finalnie dotarliśmy do nich i jakoś się przeteleportowałam. Wtedy już zaczęło się robić poważnie i boleśnie. Z boku mogło to nieco komicznie wyglądać, gdy przybierałam co chwilę inne pozycje, by znaleźć takową, która będzie komfortowa dla skurczy, które pojawiały się co parę minut. Do tego to zażenowanie gdzieś tam w głowie, że zwaliłam się komuś na głowę i jeszcze jakieś cyrki odpieprzam. No dramat. Wymiękałam po pewnym czasie. Stawiam, ze trwało to około godziny - aż nadszedł ten moment, gdy przeszła moje ciało gorąca fala i wtedy nagle wszystko "buchnęło". Kolejnych paru godzin opowiadać chyba nie muszę. Niekończący się ból, rozrywający ból plecy. Czekałam na moment w którym skurcze, przestaną w końcu przybierać na sile. Tak się niestety nie działo. Płakałam, mimo pocieszenia z boku ( za które dziękuję cholernie B. ), ból robił swoje. Po paru takich godzinach robiłam się podobno nieco bez kolorku i generalnie byłam bez siły. Ostatecznie bratowa po zjedzeniu wszystkich swoich paznokci ze stresu, poszła po znajomą pielęgniarkę by stwierdzić co robić dalej. Mi osobiście już było wszystko jedno z tego bólu, bałam się tylko o jakieś wykrwawienie po tylu godzinach. Oczywiście gdy pani mnie zobaczyła, to zapakowaliśmy się do szpitala. Możecie sobie jedynie wyobrazić jak nie komfortowo tuptało się po szpitalnym korytarzu z zalanymi we krwi spodniami. Obleśne? No trochę tak. Zdaje sobie z tego sprawę. Ale niestety prawdziwe! I wiem, że nie jestem jedyna, która tak się kiedyś czuła. W szpitalu zrobiono mi na przystawkę zajebiście bolesne badanie podczas skurczy, ale w gratisie podano kroplóweczkę - także nie mogłam narzekać. Przetuptałam potem na kolejne badanie usg, aby zobaczyć w końcu faktyczny obraz oczyszczania. Pocieszające mogło by się wydawać było, gdy dowiedziałam się, że najgorsze już za Mną. Aczkolwiek najgorsza była pustka jaką czułam leżąc sama na sali nocą. Do tego w radiu jak to zazwyczaj bywa - jeszcze bardziej dołująca muzyka pod ten smuteczek. Rano kolejne badanie - dzięki Bogu, wszystko było jak być powinno i nie musiałam przechodzić żadnego zabiegu mechanicznego. Psychika? Hmm, dzień później było całkiem normalnie Wam powiem. Nie wiem czy nie docierało do Mnie co się wydarzyło, czy jak. Cholera wie. Natomiast niestety chwilę później, gdy już dotarło i odczułam ten brak poczucia, że jestem w ciąży - bardzo się to zmieniło. Widząc moją drugą bratową ( z którą docelowo miałyśmy razem przechodzić ciążę, bo też dowiedziała się chwilę później o swoim maleństwie ), która głaszcze się po brzuchu, czy po prostu trzyma za plecy - nie mogłam na to patrzeć. Chore, co? Chciałam cieszyć się ich szczęściem, a nie potrafiłam. Każdy taki gest wykonywany przez nią, był liściem w papę dla mnie. Czułam, jakby cały świat był przeciwko mnie. Widok dzieci, kobiet w ciąży i mój płacz w aucie - tak to wyglądało przez pewien czas.. Na domiar tego, trzy tygodnie później odszedł od nas tata. Tego wszystkiego w tamtym krótkim czasie było za dużo na moją głowę. Myślałam, jak to wszystko ogarnąć. Jaki był plan? Bym poczuła przedsmak straty kogoś najważniejszego, by zaraz poczuć dobitnie stratę tej najważniejszej cząstki, którą jest rodzic? I czy taki przedsmak pomógł? Nie wiem - natomiast jestem przekonana, że przez 2 lata takiego twardego tyłka przy przysiadach z obciążeniem bym nie zrobiła, jak tą całą akcją . Dziękuję codziennie za moje aniołki na ziemi, które są ze mną w tych najgorszych chwilach. Ty, Ty i Ty - wiesz, że mówię o Tobie :) Jeśli ma się takie oparcie, to można wiele przetrwać. Więcej niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. I w to, że czas leczy rany - osobiście wierzę! Niekoniecznie musimy się z tym wszystkim zgadzać, co nas po drodze spotyka - ale z biegiem czasu, mimo bólu, tak to akceptujemy, aby ruszyć ponownie z miejsca i iść dalej..
Tak więc nawiązując jeszcze do straty, proszę Was dziewczyny o to abyście nie wstydziły się prosić o pomoc. Nieważne czy ma to być ktoś znajomy czy specjalista, ważne abyście czuły, że nie jesteście z tym całym bólem same - bo nie jesteście! :)
I PAMIĘTAJCIE - PO BURZY ZAWSZE WYCHODZI SŁOŃCE! :)
Do nas wyszło w postaci bijącego serduszka Nikodema. To był powód, dzięki któremu znowu mogłam ruszyć do przodu, ze świadomością, że teraz dwa anioły w niebie będą trzymały na tym swoją rękę i wszystko się ułoży :)

Cieszę się, że się odważyłaś o tym powiedzieć. Uważam, że to dobry sposób na pomoc innym, na oferowanie wsparcia i zrozumienia ale także dla nas samych. Kiedy ja pisałam swój post odczułam pewna ulgę i uczucie uwolnienia rozmaitych emocji. Taki mały rodzaj terapii. Jedno jest pewne to bardzo ważne aby nie milczeć w cierpieniu, ale byśmy się wspierały, szanowały nawzajem i dodawały otuchy. Gratuluję odwagi ! To pewnie jeden z naszych najbardziej intymnych (prywtanych) postów. Buziaki!
OdpowiedzUsuńDokladnie tak jak mówisz, najtrudniejszy bo tak bardzo intymny. Ale to właśnie Twój post dodał Mi odwagi :) I jeśli choć jedna kobieta ma się poczuć, tak jak ja, gdy czytałam Twój - to było warto. Nie można zrobić z tego tematu tabu, gdy tak naprawdę mnóstwo kobiet to przeżywa i nie bardzo same wiedzą, co ze sobą i swoim smutkiem potem zrobić. Ja dziękuję za tę odwagę, którą mi dałaś :*
UsuńMimo tak trudnej do przeżycia sytuacji, pięknie napisane 😘
OdpowiedzUsuńPamietam to wszystko jakby to wczoraj bylo...
Bardzo miło to słyszeć Karolka :* tak - czytając historię w której samej się trwało, nagle czas cofa się i odczuwamy z powrotem* te wszystkie emocje..
Usuń