Dzień ojca.

23 czerwca, a więc między innymi, dzień ojca 👨‍💼 - niestety nie mam już możliwości, by móc złożyć życzenia swojemu tacie, ale jako, że jestem cholernie sentymentalnym typem człowieka, to dziś o Nim trochę powspominam, bo tyle mogę. 
Nie wiem czy to tak w każdej rodzinie, aczkolwiek chyba w większości rodzin wypada, że jedyna córa to taka trochę córeczka tatusia 😎 Z opowiadań mamy wiem, że tata nieźle wyczekiwał córki - na tyle, że gdy urodził się drugi syn, to nawet jebnął niemałego foszka 😅 Naturalnie foch minął i napawał się radością z syna - logiczne. Dało im to pole do popisu i w końcu, po paru latach, pojawiłam się na świecie 😄
Taty pasją było wędkarstwo, także od najmłodszych lat, gdy już człapałam na własnych nogach, a przypadła jego warta na opiekę, ( bo szczerze śmiem wątpić, by zapalony wędkarz, sam z siebie chciał brać małe gadające dziecko w miejsce relaksu - pewnie bardziej rozkaz mamy haha 💁‍♀️ ) to pozostało mu zabieranie mnie ze sobą na ryby. Możecie sobie wyobrażać, jakże nudne to było dla małego dzieciaka - Siedzieć w miejscu i patrzeć na spławik? Seeeeerio?! 🤦‍♀️ Ostatecznie więc trochę poprzeszkadzałam, zadając miliony nurtujących mnie pytań - jak to dzieci 🤭 pohałasowałam, chlapiąc i bawiąc się kijami we wodzie - co też nie idzie w parze z łowieniem ryb, pewnie nieźle je płoszyłam 🤷‍♀️ Do tego w międzyczasie pobawiłam się robakami, glistami ( tak,tak - wtedy mnie nie obrzydzały, tata mnie z nimi oswoił na tyle, że sama chodziłam kopać mu czasem glisty w ogródku i straszyłam nimi mame 🤭 ) + ulubiona czynność, czyli wyjadanie kukurydzy 😊 Tata czasem się burzył, gdy miał w planie założyć trochę kukurydzy na przystawkę, a puszka okazywała się już pusta.. UPSS! Sorry Daddy! W związku z całą tą zajawką taty, jako bodajże już przedszkolak, brałam udział w zawodach wędkarskich, które były organizowane w Dniu Dziecka 🤓 Generalnie wspominam to super - natomiast nie jestem przekonana czy o same zawody chodzi mojej głowie czy bardziej o fakt, że w przerwach roznosili słodycze hmm 🤭 Złowiłam wtedy jakieś płotki czy karasie - parę sztuk dosłownie. Dyplom był, nagrody pocieszenia były, więc zawody odhaczone na plus. Kolejne hobby to robienie wyrobów - prawie córa rzeźnika 😅 No co jak co, ale dobrej kiełby to sobie za dzieciaka nie odmawiałam i biegałam w ręku z pętkiem wędzonej czy białej ( która w wykonaniu taty była nie do podrobienia ) - nigdy nie jadłam i przypuszczam, że nie zjem już takowej. No i kaszaneczka z grilla.. ahh 🥰 Jak to powiadają - przez żołądek do serca. I tym oto sposobem tata mnie zdobył 😊 Później z biegiem czasu, zaczął wyjeżdżać za granice. Nie robił już kiełby i przestał mnie tym oto sposobem zdobywać.. Nie no, tak szczerze - okoliczności były inne, ale rzeczywiście nasz kontakt się dość mocno posypał, ja byłam do tego dość buntowniczą nastolatką, miałam swój sposób na dorastanie i takie rzeczy jak super kontakt z tatą, nie były dla mnie priorytetem - nie będe kłamała, że było wiecznie kolorowo, ponieważ nie było - my ludzie, mamy zresztą często tendencje do tego, by nagle po śmierci kogoś, mówić tylko i wspominać superlatywy, bo o zmarłych źle się już nie mówi - tyle, że pewnych akcji człowiek nie jest w stanie wymazać, mimo wszystko.


 Natomiast do rzeczy - nadszedł ten czas, gdzie kontakt się poprawił, wyjechałam też za granicę, mieszkaliśmy już blisko siebie i logicznym było, że kontakt nabrał znowu sensu i możliwości bytu. Jestem przekonana, że wiek też zrobił swoje. Człowiek dorasta, zaczyna doświadczać życia, zaczyna rozumieć, co tak naprawdę liczy się tylko w życiu - zdrowie i rodzina. Niestety jak wiemy, życie lubi zaskakiwać i niekoniecznie na naszą korzyść. Tata dowiedział się w marcu, że jest chory na nowotwór. Wiadomo, najpierw jest wyparcie, nie dopuszczenie do siebie tych informacji, że spotyka to właśnie twoją najbliższą osobę. Później przychodzi smutek, żal i inne nowe do ogarnięcia emocje. Ostatecznie pozostaje się ze złudną nadzieją, że przecież musi być dobrze. W mojej głowie był ogromny strach, że nie przeboleje tego, jak tato z wielkiego "posturnego" faceta, będzie zmieniał się w małego chłopca, że rak będzie go zjadał od środka i wysysał jego życie. Bałam się tego "nowego wizerunku". A właściwie to chyba reakcji taty - tego czy zaakceptuje to, gdy będzie siebie takiego "mizernego" oglądał. Miesiące mijały, chemie mijały. Miałam na szczęście możliwość być wtedy blisko, gdy był w szpitalu, każdego dnia przed pracą czy po pracy, chodziłam do niego i mogliśmy trochę pogadać, trochę pomilczeć. Chwalił się zdobyczami, które łowił między pobytami w szpitalu. Nie obyło się też bez wyrobów - udało się załapać jeszcze na kiełbe. Pasja była z nim do końca. Cieszę się, że robił to co naprawdę lubił i mógł sobie uciec wtedy myślami od tego całego shitu. Tato był do tego wszystkiego cudownym tancerzem 🕺Potrafił piec cudowny sernik z białą czekoladą 💛 W ogóle lubił kucharzyć i świetnie mu to szło. Zawsze ceniłam facetów, którzy umieją sami o siebie zadbać, a nie czekają aż im się podstawi wszystko pod pape 😁 Swoją drogą, dzięki Bogu trafiłam i mam taki przypadek, który gotuje zacne zupki 🥰 Podobało Mi się, że mimo iż gentlemani już wymarli, to tato witając się, całował kobiety w dłoń - to tak mało spotykane, a miłe dla oczu.. :) Udało się tacie jeszcze być obecnym na weselu swojego drugiego syna, mimo średniego samopoczucia, miał możliwość wybawić się jeszcze z rodziną w większym już składzie - lubił wracać swoją drogą do tego nagrania 🤔 Mnie natomiast dopada smutek, ponieważ zawsze marzyłam o tym, by to tato poprowadził Mnie do ołtarza, gdy kiedyś miałabym zdecydować się na wyjście za mąż. Niestety pozostało mi wymazać to marzenie. Moment gdy dowiedziałam się, że przenieśli tatę do hospicjum był dla mnie, nie lada szokiem. Że to jeszcze nie teraz, to jeszcze nie koniec! Czy zrobili już wszystko, żeby mu pomóc?! Ma teraz leżeć tam i oczekiwać końca?! To było dla mnie chore.. Pojechaliśmy wtedy tam jakoś po północy, gdy tylko dostałam wiadomości. W głowie jak mantrę, powtarzałam sobie, żeby być silną i nie poryczeć się czasem przy tacie, gdy go zobaczę. Usiedliśmy tam, było tak spokojnie, książki, gry, fortepian i niezręczna cisza - dopóki nie wytrzymałam napięcia i nie wybuchłam płaczem 🙄 Tata natomiast nie próbował nawet pocieszać, przecież nie był głupi - co miał mi powiedzieć? - "nie płacz mała, będzie dobrze"? Przez kolejne dwa dni, po prostu korzystaliśmy z dnia. Porobiliśmy parę wyścigów rajdowych na wózku na świeżym powietrzu i gadaliśmy o zupełnie nieistotnych pierdołach, by tylko nie myśleć o tym co się dzieje. Tacie zależało, by wyjechać na Święta Bożego Narodzenia do Polski. Chwilę zajęło bratu przekonywanie lekarzy, by się na to zgodzili, natomiast ostatecznie się udało. W ostatnim dniu, gdy już wyjeżdżali do Polski, chyba byłam jakby trochę pogodzona z tym, że to ostatni raz, gdy się widzimy. Starałam się jak mogłam, by być "normalna", by akurat On nie odczuł tego, że mam świadomość, że to nasze ostatnie spotkanie. Natomiast pod moją nieobecność, gdy poszłam zrobić kawę, kazał Piotrkowi zadbać o Mnie - więc chyba jednak i On zdawał sobie sprawę, że to ostatni raz. Ale oboje graliśmy idealnie, aktorzy na miarę Oscara. Jakieś 11 godzin od naszego ostatniego widzenia się, po północy zaczął dzwonić telefon. W momencie gdy zobaczyłam, że dzwoni brat - wiedziałam po co dzwoni. Nie udało się dotrzeć tacie do polski. Natomiast pocieszałam się później faktem, że odszedł w trasie z bliskimi, aniżeli samotnie w hospicjum. Dwa dni później, byliśmy już w Polsce i dzień przed wigilią pożegnaliśmy się z tatą. Wtedy powiedziałam mu, że go kocham, aczkolwiek nie jestem pewna czy to usłyszał.. 


Dzisiejszym postem, poza wspomnieniem o tacie, które mi tutaj zostanie - to chciałam Was też zachęcić do tego, że jeśli macie jeszcze rodziców, to doceniajcie ten fakt i abyście mówili im od czasu do czasu o tym, że ich kochacie. Ja żegnając się z tatą tamtego dnia, gdy wyjeżdżali, nie powiedziałam mu tego - nie chciałam by czuł, że się z nim żegnam, pomijając to, że rozmowy o uczuciach z tatą nigdy nie były czymś mega naturalnym. Była zawsze jakaś blokada, by wyznawać sobie, że się kochamy. Z mamą jest to czymś naturalnym, niestety z tatą nie udało Nam się przez te wszystkie lata przełamać ( choć w czasie choroby, było parę momentów, gdy padły te słowa - ale nie powiem, że było to super łatwo wydusić, bo bym skłamała ). Nie róbcie takich blokad w swoich relacjach, bo możecie potem żałować równie mocno jak ja, po dzień dzisiejszy.. 


Mam to szczęście, że gdy są gorsze momenty w moim życiu, to tato dalej jest ze mną. Przychodzi w snach, bierze mnie pod swoje ramie i wędrujemy polnymi ścieżkami w naszych rodzinnych stronach. Są zachody słońca, jest ciepło. Budzę się wyjątkowo silna i szczęśliwa, mimo, że nie zamieniamy ze sobą żadnych słów. Wystarcza jego obecność obok..



"Ile ja bym dała, by widzieć Ciebie znów
Ile niewypowiedzianych mam w głowie słów
I czy nie zimno, czy nie zimno Ci tam
Tak mało dałeś sobie szans
Już jest po, więc aniołom szepnij to
Że tęskni ktoś za dotykiem Twoich rąk
Że głodowałeś za dnia, ale dawałeś ile się da
Już jest po, więc aniołom szepnij to " / Sanah




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Nie jesteśmy w tym same! #poronienie

Witaj przygodo!

#STRAJKKOBIET #powiedzkomuś!